Potwory i Spółka

Czyli destrukcja kontrolowana

Na stadionie śląskim w Chorzowie nie zobaczymy niestety żadnego z meczów mistrzostw Europy w 2012 roku, jednak zeszłej soboty, 40-tysięczny obiekt stał się areną dla równie spektakularnej imprezy – zawodów Monster Jam. Chorzów może czuć się z tego powodu wyróżniony, gdyż jest to pierwsze tego rodzaju wydarzenie zarówno w Polsce jak i w tej części europy.

                Pomimo iż serie tych zawodów nie są szczególnie znane na naszym kontynencie, za oceanem mają prawdziwe rzesze fanów. Podczas gdy europejczycy gromadzą się na stadionach głównie aby oglądać mecze piłkarskie, tam ogromne tłumy ciągną na stadiony we wszystkich stanach, by podziwiać destrukcję czynioną przez ciężarówki o monstrualnych rozmiarach.

                A teraz ta, skądinąd prymitywna rozrywka za sprawą koncernu naftowego Orlen zawitała i u nas. Co więcej, organizator wystawił do startu pojazd sygnowany własnym logo, o wdzięcznej nazwie „Verva”, za kierownicą którego zasiadł Marc McDonald.

Do grona innych uczestników imprezy należeli:

-Grave Digger (za kierownicą Charlie Pauken, moc 1475 KM)

-El Toro Loco (za kierownicą Damon Bradshaw, moc 1500 KM)

-Maximum Destruction (za kierownicą Kreg Christensen, moc 1500 KM)

-Donkey Kong (za kierownicą Frank Krmel, moc 1500KM)

-Monster Mutt Dalmatian (za kierownicą Candice Jolly, moc 1475 KM)

-Batman (za kierownicą John Seasock, moc 1465 KM)

-Jetix (za kierownicą Dan Evans, moc 1500 KM)

-Backwards Bob (za kierownicą George Balhan, moc 1500KM)

-Madusa (za kierownicą Debrah Miceli, moc 1500 KM)

Każdy z pojazdów wyróżnia się niesłychanie barwną i przykuwającą oko „karoserią” (karoserią w cudzysłowie, gdyż pełni ona jedynie funkcję dekoracyjną dla całej rurowej struktury samochodu). Szczególnie osobliwy wydał się samochód zespołu Backwards Bob, który za sprawą odwróconego o 180 stopni nadwozia zdaje się jechać do tyłu, oraz Batman, którego kształt jest inspirowany automobilem człowieka-nietoperza i wprowadza iście mroczny klimat. Kierowcy pojazdów Madusa oraz Monster Mutt Dalmatian również okazali się być wyjątkowi, gdyż – wierzcie lub nie – były to kobiety (!).

Wydarzenie to wzbudziło olbrzymią ciekawość nad Wisłą – publiczność zdecydowanie dopisała, trybuny były zapełnione co do jednego miejsca, a entuzjazm z jakim spotkali się goście imprezy z pewnością dorównywał temu, czego mogą doświadczyć u siebie. Ponadto imprezę uświetnił swym przybyciem Krzysztof Hołowczyc, wykonując popisową rundę Nissanem Navara T1 Super Production, którym zajął 5tą lokatę w tegorocznym rajdzie Paryż-Dakar, oraz zawodnicy Freestyle MotoCross, w których wykonaniu można było zobaczyć karkołomne popisy z wykorzystaniem motocykla i rampy.

                Z punktu widzenia przeciętnego obserwatora wygląda to tak: faceci (ale jak i wspomniałem, również kobiety) w olbrzymich pick-up’ach najpierw ścigają się na czas po owalnym torze, a następnie w kategorii „Freestyle” miażdżą samochody, pokonują rozmaite przeszkody, wykonując przy tym efektowne akrobacje.  Zużywają przy tym hektolitry metanolu i wydając z siebie ogłuszający, lecz, mimo to, fantastyczny dźwięk. Na pierwszy rzut oka widać, że nie ma w tym finezji, jaką znamy z europejskich sportów motorowych jak rajdy WRC czy Formuła 1. Nie ma też wrażenia rywalizacji za wszelką cenę, widać, że całe przedsięwzięcie jest nastawione na wywarcie wrażenia na widowni, stworzenie wielkiego, imponującego widowiska. Przypomina mi to trochę amerykański wrestling, w którym zresztą wspomniana już Debrah Micelli odnosiła niegdyś sukcesy. I tak jak wrestling, traktuję ten sport nieco z dystansem.

A jednak, będąc człowiekiem z domieszką benzyny we krwi, kiedy słyszę dźwięk tych monstrualnych silników, muszę przyznać – ma to swój niezaprzeczalny urok.